Kiedy ktoś cię źle ocenia i niszczy marzenia. Czy na pewno tak właśnie jest?

Sprawa wygląda tak. Chciałam zmienić kierunek studiów, ponieważ w tym roku otwiera się filmoznawstwo. Byłam bardzo podekscytowana i po raz pierwszy w życiu czegoś pewna. Musiałam tylko zdać egzamin wstępny. Przygotowałam się celująco. Jednak nie wszystko poszło po mojej myśli…

Zaczęłam się przygotowywać do egzaminu jakieś 2-3 tygodnie wcześniej. Jak na bycie studentką jest to bardzo długi okres czasu. Co więcej, wyrwałam potrzebne notatki z zeszytów i całą stertę wiozłam do ponad 400 km dalej. Nie chciałam nie uczyć się w trakcie pobytu u przyjaciółki. Bardzo mi zależało.

Dzień przed egzaminem nadal nie czułam się zbyt pewnie. Miałam wrażenie, że wszystko wiem (egzamin miał być z podstaw filmoznawstwa i medioznawstwa), ale jest to totalnie niepoukładane w mojej głowie. Trafiłam na youtubie na świetną serię o historii filmu. I tak z chaosu narodził się porządek, a ja czułam się nauczona.

Następnego dnia niesamowicie się denerwowałam. W końcu, gdybym dostała się na te studia mogłabym nareszcie profesjonalnie analizować filmy, uczyć się kreatywnego pisania i poznać pracę na planie. Wszystko o czym marzyłam było w zasięgu mojej ręki. Bo przecież co mogło pójść nie tak, prawda?

Siedziałam pod salą, a mój poziom zdenerwowania dawno już osiągnął poziom krytyczny. Dziewczyna, która właśnie wyszła powiedziała, że egzaminatorzy w ogóle nie pytali o wiedzę, ale o to kim się jest i dlaczego chce się przyjść na te studia. Zaczęłam się uspokajać. Pomyślałam sobie, że komisja musi podchodzić na luzie i pewnie chcą jedynie poznać kandydatów. W końcu szczegółowa wiedza o filmie nie musi determinować twoich zdolności.

Weszłam na egzamin. Zadano mi tylko kilka pytań i wszystkie dotyczyły tego, dlaczego chcę przyjść na te studia, co robię w życiu, czy mam jakieś doświadczenie z filmem i jaki filmy lubię oglądać. Pytania bardzo luźne, więc stwierdziłam, że nie mam się o co martwić. Przecież na podstawie takiej wiedzy nie można oceniać, czy ktoś się nadaje na ten kierunek, czy nie. W końcu, jakie znaczenie ma, jakie filmy lubię oglądać? Tym bardziej, że żaden z egzaminatorów nie pytał, dlaczego lubię dane filmy. Przy żadnym z pytań nie wdawali się w szczegóły.

Za dwa dni miała pojawić lista kandydatów na kierunek, co oznacza, że jeszcze nie jest to lista tych, którzy się dostali, ale tych, którzy zdali egzamin i mogą brać dalszy udział w rekrutacji. I tutaj wszystko się zaczyna.

Okazało się, że komisja oceniła mnie na 10 punktów. Nie, nie 10/10, ale 10 na… 50. Byłam w szoku. Okazało się, że jestem ostatnia na liście. Innym poszczęściło się bardziej, a ja nie dość, że jestem ostatnia, to mam najmniejszą ilość łącznych punktów (w połączeniu z oceną na dyplomie). Moja średnia o wiele przewyższa średnie niektórych osób, ale oni widocznie bardziej spodobali się komisji. Właśnie, spodobali. Czy właśnie tak ma wyglądać przyjmowanie na studia? Na podstawie powierzchownego oceniania kandydata?

„(…) Nie chciałbym, żeby oceniała mnie za to, jaki byłem w przeszłości”. Film „Charlie”.

Cała sytuacja bardzo mnie załamała. Mam świadomość tego, że nie robię najlepszego dobrego wrażenia na większości osób. Ludzie mają mnie raczej za dziwną, ale jakoś w ostatnim czasie nauczyłam się z tym żyć. Ta sytuacja dobiła mnie bardziej, bo oceniali mnie nie przypadkowi ludzie, ale ponoć kompetentni. Tacy, którzy powinni profesjonalnie weryfikować kandydatów, a nie zdawać się na własne subiektywne osądy.

I kiedy już w mojej głowie zaczynała się pętla pytań z kategorii „I co teraz?”, na ratunek przyszła moja mama. Przypomniała mi o tym, w co obie wierzymy. Że widocznie tak miało być. Po prostu. Być może Wszechświat ma dla mnie inny plan, a planów mam wiele. Może niektóre z nich muszą iść po prostu na odstrzał.

Istnieje jeszcze jeden aspekt. To rzecz, którą poruszyła Elisabeth Gilbert w swojej „Wielkiej magii”. Pisała, że młodym ludzi są przekonani, że muszą skończyć dane studia, aby móc się czymś zajmować. Nigdy nie czują się wystarczająco kompetentni. Dochodzi też celowe odkładanie jakiegoś zadania. Znacie to uczucie, kiedy musicie uporządkować szafę, a zamiast tego przekonujecie samych siebie, że musicie znaleźć w internecie jeszcze jeden poradnik na temat segregowania skarpet? Albo wieczne odkładanie pisania pracy licencjackiej bądź magisterskiej.

Dlatego postanowiłam czuć się zawsze kompetentna. Skoro coś kocham i zdobywam na ten temat wiedzę, mogę jednocześnie się tym zajmować. Nie muszę czekać pięciu lat, aż skończę studia.

A co z pochopnym ocenianiem przez innych ludzi? Na początku twierdziłam, że egzaminatorzy zniszczyli mi marzenia. Teraz twierdzę, że zmotywowali mnie do tego, żeby filmem zajmować się na własną rękę i nie czekać, aż zapatrzona w siebie komisja da mi zielone światło. Chcę już zawsze czuć się twórcą. Nadal dojrzewam do tego stwierdzenia, ale pamiętanie o nim pomaga mi w robieniu zdjęć, pisaniu wierszy czy tworzeniu bloga. Nie muszę naśladować innych, żeby się podobać. Nie potrzebuję też niczyjego pozwolenia.

 


 

Jestem pewna, że też nie jeden raz byliście w podobnej sytuacji. Jak sobie wtedy poradziliście? A jeśli uważasz, że ten post jest przydatny, udostępnij go proszę na swoim facebooku. Dziękuję!

Mogą ci się również spodobać

  • szostakowycz

    Natalio, wiem, ze to moze byc odebrane roznie, ale… najlepiej sobie poradzic nie miejac do nich pretensji. Skad wiesz, ze sa zapatrzeni w siebie itd.? Najpewniej byli starsi, bardziej doswiadczeni, niejedno przeszli w zyciu i niejednego kandydata na studia widzieli/oceniali. Moze zobaczyli cos, czego jeszcze u siebie nie widzisz? A moze nie zobaczyli tego, co trzeba, za to u innych tak? Nigdy sie nie dowiesz, dopoki nie zapytasz a oni nie zechca szczerze odpowiedziec (watpie, ze tak by sie stalo, ale kto wie).

    I jeszcze jedna sprawa. Nikt chyba nie zglosil sie do wspolpracy z Twoim blogiem i Toba? Powodem (ale nie mnie oceniac, czy jedynym) moze byc fakt, ze korzystasz w nazwie z personaliow pewnej osoby, czego nie powinno sie robic, jesli chce sie prowadzic „bardziej zorganizowana” dzialalnosc. Zadna firma nie nawiaze wspolpracy, jesli istnieje choc cien szansy, ze mialaby byc uwiklana w proces. Mam na mysli to:
    https://msp.money.pl/wiadomosci/prawo/artykul/john-lemon-yoko-ono-spor-o-marke,98,0,2367330.html

    • Nie żywię do nikogo żalu. Wskazuję jedynie na niesprawiedliwość. To, że ktoś jest starszy, nie znaczy, że więcej ode mnie wie. Tych profesorów kojarzyłam już wcześniej i znam ich z opowieści innych. To nie pierwszy przypadek, kiedy próbują udawać mądrzejszych, niż są. O nic nie zamierzam ich pytać, bo nie jestem z tych, co rozpamiętują. Poza tym nie wiem, co np. mieli we mnie zobaczyć, czego ja nie widzę, skoro znali mnie od 5 minut, a ja siebie od ponad 20 lat 😉

      Zgłaszają się do mnie różne osoby. Myślę, że problem nie jest z nazwą, tylko z popularnością bloga, która stopniowo, ale wolno rośnie. Ale faktycznie zamierzam zmienić nazwę, jednak wymaga to interwencji informatycznej z mojej strony, więc i czasu, a ostatnio poświęcam go na co innego. A pewna osoba, nie bójmy się tego powiedzieć, to John Lennon 🙂 Jeśli miałoby dojść do procesu, to żadna firma by nie ucierpiała, bo sprawa dotyczyłaby mnie. Ale tak, słyszałam o tej sytuacji.