Szatan kazał zrobić film

Polskie produkcje zawsze napawają mnie niepokojem. Rzadko, ale to absolutnie rzadko zdarzy się, że któraś zwróci moją uwagę. „Szatan kazał tańczyć” zainteresował mnie przede wszystkim motywem instagrama, którym zajmuję się naukowo.

Wczoraj poszłam na ten film do kina. I przypomniałam sobie, dlaczego nie lubię polskich filmów. Miałam również wrażenie, że jestem jedną z niewielu osób, które nawet mogą zrozumieć ten film. Już wyjaśniam dlaczego.

Katarzyna Rosłaniec chciała nakręcić film o dzisiejszych 20, 30-latkach. Błędem, który łatwo popełnić przy pokazywaniu jakiegoś fragmentu społeczeństwa jest założenie, że wszyscy jego przedstawiciele są tacy sami. Film był zapowiadany tak:

Karolina (Magdalena Berus) – jak wiele współczesnych 20-, 30-latek – żyje szybko, intensywnie, pragnie doświadczyć wszystkiego ze zdwojoną siłą.

Bohaterkę ma wyróżniać również to, że nie pracuje w korporacji, a wybrała wolny zawód artysty. Mam 23 lata, również zajmuję się kulturą i sztuką, ale moje życie zupełnie różni się od tego przedstawionego w filmie. Co więcej, intensywnie obserwuję i badam moje pokolenie oraz te nieco młodsze i raczej ciężko znaleźć tak skrajny przypadek jakim jest główna postać.

Trudno po samym filmie wydedukować, o co chodzi. Dla mnie kluczem było słowo „instagram” pojawiające się w zapowiedziach i na plakacie. Sam film jest skadrowany tak, by przypominał kwadratowe zdjęcie z tego portalu. Reżyserka chciała pokazać dysonans, jaki istnieje między prawdziwym życiem a tym wykreowanym na profilu w mediach społecznościowych. Chciała nawiązać do szybkiego, konsumpcyjnego życia, w którym mamy już tak wiele, że zaczęliśmy szukać ekstremalnych emocji. I jest to zjawisko jak najbardziej prawdziwe, występujące w cywilizacji zachodniej. „Szatan kazał tańczyć” dotyka dokładnie tej samej tematyki, co przyjęty pozytywnie na świecie „American Honey” – młodych, zagubionych ludzi, szukających miejsca w świecie, w którym tego miejsca (pozornie) nie ma. Niestety w naszej wersji musiało być po polsku, czyli źle.

 

20 scen seksu to za mało

 


 

Przed obejrzeniem każdego polskiego filmu zastanawiam się, ile razy pojawi się scena seksu i ujęcie na kobiece piersi. Wszak wiadomo, że takie kadry – pokłosie filmów z Cezarym Pazurą i Bogusławem Lindą, patriarchatu i pornografii PRL-u, pokłosie wyobrażenia, że kobieta to przedmiot – muszą być. Jak jest seks, jak jest kontrowersyjnie, to jakby było tak trochę bardziej amerykańsko. A na gonieniu Zachodu Polacy mają fioła jak mało kto.

„Szatan kazał tańczyć” ma tak dużo scen seksu, że aż trudno je zliczyć. Reżyserka tak bardzo skupiła się na ich pokazaniu, że zapomniała o fabule. Przez trzy czwarte filmu bohaterka jest naga. Plusem jest to, że mężczyźni również. Kobiece ciało jest tak zseksualizowane, w przeciwieństwie do męskiego, że w większości filmów jasne, zobaczymy żeńskie narządy, ale męskie już nie.

Katarzyna Rosłaniec jednak w tym przypadku przesadziła. Pokazała bohaterkę głównie przez pryzmat seksu, nie rozpisując jej dalej osobowości. Scenariusz do tego filmu musiał wyglądać doprawdy zabawnie. A skoro już o tym mowa.

 

Stowarzyszenie umarłych scenariuszy

 


 

Bardzo ciężko napisać jest dobry scenariusz. Jednak nie jest to niewykonalne, na co przykładów mamy tysiące. Jest jednak różnica pomiędzy scenariuszem z lat 50. czy 60. XX wieku a scenariuszem współczesnym. Już na pewno jest różnica pomiędzy polskim a amerykańskim tekstem.

W scenariuszu sprzed kilkudziesięciu lat nie ma miejsca na „ulatujące” słowa. Kwestie są niemal poetyckie. Hasło „słowa kreują rzeczywistość” jest potraktowane dobitnie. Dlatego tak bardzo lubię filmowe adaptacje sztuk teatralnych. Teatry do dzisiaj zachowują jakość, jaką reprezentują stare scenariusze. Słowa muszą być dobrane najstaranniej. W przestrzeni teatralnej nie mogą wybrzmieć byle jakie dialogi. Bardzo podobał mi się film „Sierpień w Hrabstwie Osage” (2013), zrobiony na podstawie nagrodzonej sztuki. Czuć to w każdej scenie. Tak samo „Kotka na gorącym blaszanym dachu” z 1958 roku.

Złe czasy dla scenariuszy nastały obecnie. Dialogi stały się luźną rozmową, nierzadko zwykłą gadką-szmatką. Możliwe, że istnieje jakaś tendencja do większego urealniania wypowiedzi, zbliżania ich do rzeczywistości. Jednak film to nie rzeczywistość i rządzi się swoimi prawami. Gdyby ułożenie słów w ciekawej kolejności nie miałoby znaczenia, nie kochalibyśmy Szekspira.

Ten sam problem dotyczy „Szatan kazał tańczyć”. Widać, że była jakaś ambicja. Są jakieś aluzje, gry słowne, ale całokształt jest marny. Za wiele nie dowiedzieliśmy się o żadnej z postaci. Bohaterowie wypowiadają kwestie, ale nijak nie można ich połączyć w jakąś historię. Rosłaniec chciała być tak zagadkowa, że rozwiązanie może zrozumieć tylko ona.

Zresztą sił starczyło na napisanie jedynie połowy filmu. Cały czas widzimy, że bohaterka robi sobie zdjęcia. Jednak ani na moment nie jest pokazane, co z tymi zdjęciami robi. Czy robi je dla siebie, czy udostępnia dalej. Nie pokazano specyfiki mediów społecznościowych. Dlaczego to, że robi takie, a nie inne zdjęcia może być potencjalnie złe. Reżyserka chciała pokazać różnicę pomiędzy życiem a profilem na np. instagramie, jednak chyba zapomniała tego zrobić. W ogóle nie pokazano, jak życie bohaterki wygląda online – co widzą odbiorcy jej konta i że różni się to od jej życia.

Ja wiedziałam, o co chodzi, ale na sali były osoby starsze ode mnie. Jestem kulturoznawcą, fascynuje mnie pokolenie młodych ludzi i specyfika mediów społecznościowych, dlatego napisałam na początku, że mogę być jedną z niewielu osób, które ten film mogły w ogóle jakoś zrozumieć, chociaż i tak mam z tym duży problem. Nie neguję niczyjej wiedzy, ale gdyby nie słowo „instagram” w promocji filmu, już totalnie obraz straciłby na znaczeniu, bo z sam siebie w żadnym momencie nie pokazuje, że chodzi o ten dysonans pomiędzy offline a online. Każdy film powinien tłumaczyć się sam za siebie i nie potrzebować pomocy w postaci hasła reklamowego na plakacie. Wtedy robi się z takiego obrazu po prostu zła produkcja.

 


 

Film nie był dobry. Widać, że była jakaś koncepcja, próba zbudowania ram fabularnych, ale w efekcie powstała koślawa budowla. Aktorka wcielająca się w główną rolę (Magdalena Berus) nawet była ciekawa, ale zabrakło jej kwestii, żeby jej postać wybrzmiała. Najlepsza była Danuta Stenka, ale jej talentu nikomu nie muszę tłumaczyć.

Niestety polskie filmy lubią być kontrowersyjne na siłę. Dlatego tak bardzo nie lubię ich oglądać. Również dlatego, że mają paskudne scenariusze oraz a. są komediami romantycznymi bez pomysłu b. są filmami tak smutnymi, że nie da się ich oglądać. Aha, trzeba również dodać, że większość filmów dzieje się w Warszawie, bo przecież to jedyne miasto, istniejące w Polsce. Stolica pojawia się również i w filmie Rosłaniec.

Są oczywiście wyjątki. Na przykład niedawno nakręcona „Sztuka kochania”. Zdecydowanie jednak musimy popracować nad tym, by: nie próbować dogonić Ameryki na siłę, przestać mieć pretensje do świata oraz, co chyba najważniejsze, nie robić filmów, jeśli nie mamy na nie pomysłu. Jednak romantyczne (od epoki romantyzmu, nie od miłosnego aktu) postrzeganie przez Polaków świata – że jesteśmy narodem poszkodowanym, a inni na pewno mają lepiej – jest tematem długim i trochę smutnym, więc nie chcę teraz o tym pisać.

Widzieliście ten film? A może lubicie polskie produkcje i chcecie mnie przekonać do zmiany zdania? Jeśli podobał wam się ten wpis, będę wdzięczna za udostępnianie go dalej 🙂 Możecie to robić bezpośrednio na swoich profilach w mediach społecznościowych lub za pomocą przycisków poniżej. Pa!

 

 

Mogą ci się również spodobać

  • Nie jestem kulturoznawcą, ale czytając ten post czułam, że to jest właśnie taka racja (dotycząca współczesnych scenariuszy) której nie umiałabym opisać sama, swoimi słowami, ale którą odczuwam razem z Tobą. I podziwiam, w jaki sposób można odnieść się do jednego filmu – ile rzeczy zauważyć, wyciągnąć i rozłożyć na czynniki. Zaczęłam się martwić, że moje oglądanie filmów jest zwyczajnie płytkie…Przypomniały mi się czasy kiedy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym i bardzo często chodziłam z moją przyjaciółką (skrzypaczką) do filharmonii, na różne koncerty. Zawsze z podziwem słuchałam o tym, ile elementów potrafiła wyciągnąć z koncertu i dobijało mnie, jak niewiele ja mogę powiedzieć w danej kwestii. Czapki z głów.

    • Dziękuję! Ale zdradzę Ci coś – kocham kino, ale pomimo kilku lat studiowania cały czas czułam, że nie, nie potrafię dokładnie analizować filmu. Ciągle porównywałam się do wykładowców i wykładowczyń, którzy zauważali mnóstwo rzeczy i podziwialam to. Stwierdziłam jednak, że czas ukrucić moją niepewność i napisać post w całości poświęcony analizie filmu (bo takie posty chcę wstawiać częściej). I jestem dumna, bo pokonałam swój strach i udowodniłam sama sobie, że jednak to potrafię 🙂

      • Gdybyśmy całe życie porównawali się w ten sposób do innych, to stali byśmy w miejscu. Dla mnie to świetny jakościowo post, pisany przez specjalistę. Czuję to od pierwszych zdań. Być może Twoi wykładowcy rozłożyliby temat jeszcze bardziej, ale czy to ma znaczenie? 😉 Fajnie, że się przełamałaś i czekam niecierpliwie na więcej :).

        • Dziękuję, czuję się teraz jeszcze bardziej zmotywowana 😀