Żyjąc bez internetu

Od początku stycznia w moim mieszkaniu zapanował internetowy chaos. Bardziej precyzyjnie – w moim pokoju. To że piszę teraz ten post to internetowy przypływ mocy. Może potrwać parę minut, pół godziny, a może nawet godzinę. Potem już pewnie nic z tego i będzie mnie rozłączało co 5 sekund. Najpierw się denerwowałam, teraz widzę ogromne zalety tej sytuacji. Nareszcie odzyskałam własne życie.

Kiedyś znalazłam w internecie hasło „Komputer zniszczył mi życie, ale nadal go kocham”. Tak mniej więcej można było określić mój stosunek do najnowszych technologii. Nie widzę wielkiego sensu w treści prezentowanej z mediach społecznościowych, a mimo wszystko mnie fascynują. Oprócz miliona zdjęć śniadań, można też znaleźć przepiękne zdjęcia i ciekawe informacje.

Wiele miesięcy, a nawet lat zajęło mi nauczenie się wydobywania z internetu tego, co najlepsze. Nadal jednak nie wiedziałam, czemu spędzam godziny na oglądaniu tricków makijażowych, skoro nawet nie mam w domu akcesoriów do malowania. Kiedy po całym dniu spoglądania w telefon czy komputer, odrywałam wzrok, dopiero wtedy zauważałam rzeczywistość wokół mnie. I nie mówię, że jestem tym typem, który siedzi na internecie do 3 w nocy. Spójrzcie jednak na to.

internet

Kiedy budziłam się rano, w trakcie śniadania, a czasem nawet przed, sprawdzałam facebooka czy inne medium. Nie zawsze, ale jednak. W trakcie jazdy tramwajem, czasem czytałam książkę, a czasem po prostu przeglądałam internet. Na uczelni, kiedy traciłam skupienie na zajęciach czy w wolnej chwili w pracy – znowu spoglądałam w telefon. Przed obiadem, w trakcie, po obiedzie. Nie mówię, że to było pięć godzin, ale myślę, że i znalazłyby się i takie momenty. Nie chodzi mi też o korzystanie z internetu samo w sobie, ale o ten odruch. No bo, co by innego zrobić, skoro najłatwiej włączyć laptopa? Wieczorami, zamiast iść spać o tej porze, o której chciałam, kończyło się na kładzeniu o wpół do pierwszej. Dlatego, że zawsze gdzieś zawieruszyło się to 1,5 godziny spędzone na youtubie.

Nie tyle co miałam wrażenie, że gdzieś mi troszeczkę umyka czas, ale najbardziej mi przeszkadzało to uczucie odrealnia i bezsensowności tego, co robię. Potem tłumaczyłam sobie, że przecież nie ma nic złego w korzystaniu z youtuba czy szukaniu ciekawych artykułów. I faktycznie nie ma. Tylko że te kolejne filmiki i artykuły wcale mi do życia nie były potrzebne. Znalazłam coś ciekawego w internecie, ale co z tego, skoro nie robiłam tego, co bardzo chciałam robić w realnym życiu.

internet

Zaczął psuć mi się internet. Nawet teraz, kiedy to piszę, już go nie mam, ale udało mi się otworzyć okno, w którym mogę umieszczać tekst. Później ręcznie uda mi się połączyć na jakieś parę sekund, ale to wystarczy, żeby, z wielkimi trudami, ale opublikować post.

Brak internetu nadał mojemu życiu nowy sens. Zauważyłam, że nareszcie żyję tak, jakbym chciała. Jestem bardziej świadoma swoich dni i nie zadręczam się pytaniami „No ale co ja robiłam we wtorek wieczorem?”. Teraz już wiem. Internet pojawia się u mnie tak rzadko, że zaniknął u mnie ten odruch automatycznego odpalania laptopa. Wiem, że to nie ma sensu, bo i tak nic na nim nie zrobię. A we wtorek wieczorem grałam ze współlokatorami na konsoli.

Mam dostęp do internetu na telefonie, ale: telefon, z którego korzystam obsługuje głównie tylko facebooka i artykuły na blogach. Mój drugi telefon, który służy mi do Instagrama, również nie obsługuje wszystkich stron, a poza tym jest malutki i nie da się na nim normalnie pracować. Nadrobiłam jedynie dwa filmiki na subskrybowanych kanałach i to tyle. Żadnego szukania „Hair care routine”, skoro jeszcze mnie nie stać na kupienie sobie wszystkich tych olei do włosów, o których i tak już wiem, bo oglądałam te filmiki wcześniej…

internet

Oczywiście, że brak internetu wymusza np. pójście do biblioteki, żeby choćby poszukać czegoś do mojej magisterki. Jednak taszczenie mojego laptopa jest bardzo kłopotliwe i na razie radzę sobie inaczej – jutro jadę do domu, więc tam skorzystam z internetu. Nadrobię pisanie postów, poszukam książek do mojej bibliografii i stworzę playlistę na imprezę urodzinową. I tylko tyle, bo nagle okazało się, że z internetu wcale korzystać tak często nie muszę.

Nie jestem totalnie odcięta od sieci. Ale ponieważ jej główne źródło jest mocno zakłócone, ograniczyłam jej używanie do minimum. Nareszcie nie wlepiam się w ekran bez przerwy. Naprawdę zaczynało mi przeszkadzać, że cały czas mam pochyloną głowę (od tego robią się zmarszczki na szyi ;)). Teraz widzę lepiej to, co mnie otacza. Coraz bardziej zdumiewam się widokami w tramwaju, kiedy wszyscy są pochyleni nad telefonami. Najbardziej zaskoczył mnie widok grupki trzech chłopaków. Zamiast ze sobą rozmawiać, każdy był zainteresowany tylko swoim telefonem.

internet

Mam wrażenie, że nasze komputery/telefony są w zbyt dużym centrum uwagi

Przez brak internetu, zaczęłam myśleć o lżejszym laptopie. To trochę minus tej sytuacji, bo nie miałam w planach zakupu. I tak pewnie na razie go nie kupię, bo moje oszczędności wynoszą jakieś 40 zł. Jednak nawet się cieszę, że muszę zacząć myśleć o nowym sprzęcie, bo mobilny laptop ułatwiłby mi życie, nawet jeśli chodzi o przewożenie w walizce, kiedy jadę do domu.

Przyznam też, że nie zawsze chce mi się iść do biblioteki. Na szczęście mieszkam od niej 5 minut piechotą, więc nie ma tragedii. Na razie jednak okazuje się, że wcale tego internetu tak bardzo nie potrzebuję i w bibliotece nie byłam ani razu. A z ograniczonym internetem żyję od pierwszego tygodnia stycznia. Może jednak przeglądanie tych wszystkich stron wcale nie było mi takie niezbędne, a było raczej wynikiem ukrytego FoMo, czyli Fear of Missing Out. To dlatego ciągle przeglądamy facebooka – bo boimy się, że coś nas ominie. Mnie omijało życie i oglądanie filmów, na które wydawało mi się, że nie miałam czasu. Odnalazłam jednak zagubione 1,5 godziny wieczorem.

Pa!

Mogą ci się również spodobać